40 lat temu Polki zostały wicemistrzyniami Europy!

Druga połowa lata 1980 roku to nie był łatwy czas w Polsce. Strajki na Wybrzeżu, zakończone porozumieniami sierpniowymi, po dekadzie z funkcji I sekretarza KC PZPR ustąpił Edward Gierek, a w Gdańsku powołana została „Solidarność”. Kilka dni później po tych wydarzeniach reprezentacja Polski koszykarek rozpoczynała mistrzostwa Europy, które przeszły do historii polskiej koszykówki.

Minęło 40 lat, a gdy rozmawia się z uczestnikami tamtych mistrzostw Europy można odnieść wrażenie, jakby dopiero kilka dni temu wrócili z Jugosławii. Pamięć, często nawet do najdrobniejszych detali, musi budzić podziw. Zwłaszcza, że część rozmówców nie miała okazji gruntownie przygotować się do rozmowy. Spora w tym zasługa urodzonego w 1932 roku Ludwika Miętta-Mikołajewicza, który z bardzo aktywną w łączeniu środowisk weteranów Małgorzatą Turską z domu Badocha stara się pielęgnować wspomnienia z tamtych lat.

– Koszykówka połączyła nas wszystkich. To dzięki niej jesteśmy jedną wielką rodziną, która w miarę możliwości stara się utrzymywać relacje i gdy tylko nadarza się okazja – spotykać. Gdy w pracy o tym opowiadam, moi rozmówcy czasem chyba nam zazdroszczą. Mają czego, bo tych wspomnień nie da się kupić za żadne pieniądze – wyjaśnia Małgorzata Turska.

Odważny pomysł Pana Ludwika

W latach 50-tych, 60-tych oraz 70-tych kobieca reprezentacja Polski zaliczana była do czołowych drużyn narodowych na Starym Kontynencie. Panie regularnie rywalizowały w mistrzostwach Europy, sięgając m.in. po brąz w 1968 roku. W kolekcji brakowało jednak medali z cenniejszego kruszcu. Poza zasięgiem wszystkich europejskich reprezentacji był Związek Socjalistycznych Republik Radzieckich, ale o pozostałe medale zawsze biło się kilka zespołów. Duże nadzieje wiązano z mistrzostwami Europy z 1978 roku w Polsce, które zakończyły się piątym miejscem.

Dziś odebralibyśmy to jako sukces, ale w tamtych latach pozostał niedosyt. Niepowodzeniem zakończyły się też rozgrywane rok później kwalifikacje do igrzysk olimpijskich w Moskwie. W tym czasie doszło do zmiany na stanowisku trenera głównego. Zygmunta Olesiewicza zastąpił Ludwik Miętta-Mikołajewicz, który z kadrą pracował już wcześniej od 1963 do 1967 roku.

Ludwik Miętta-Mikołajewicz podjął odważną decyzję, decydując się na wymianę pokoleń w kadrze. Z koszykarek uczestniczących we wcześniejszych mistrzostwach Europy znalazły się tylko Halina Iwaniec z domu Wyka, której przypadła funkcja kapitana oraz Irena Linka. – Zwłaszcza brakowało mi wzrostu w drużynie. Na pozycjach 4 i 5 postawiłem na Wiesławę Konwent-Piotrkiewicz, Małgorzatę Kozera-Gliszczyńską, Mariolę Pawlak i Małgorzatę Turską. Wymienione zawodniczki miały dopiero 19 lat, ale doskonale pasowały do mojej koncepcji – wspomina 14-krotny mistrz Polski z Wisłą Kraków.

Do kadry trafiły także m.in. Bożena Sędzicka z domu Wołujewicz i Grażyna Seweryn z domu Jaworska, które były w czternastce przygotowującej się do mistrzostw Europy w 1978 roku, ale ostatecznie nie znalazły się w turniejowej dwunastce. – Dla mnie już sama obecność w gronie tak utytułowanych zawodniczek była olbrzymim wyróżnieniem. Wspólnie z Bożeną byłyśmy przy drużynie podczas ME w Poznaniu, doskonale pamiętałyśmy niedosyt związany z brakiem medalu – przypomina Grażyna Seweryn, która w drużynie narodowej rozegrała 250 spotkań!

– Trener podjął bardzo duże ryzyko, tak mocno odmładzając zespół. Nie bał się zmian, ale wszystko robił z dużą rozwagą. Trener Ludwik Miętta-Mikołajewicz doskonale zna się na kobietach, a jednocześnie jest doskonałym psychologiem. Przed wyborem drużyny na turniej wykonywał różnego rodzaju testy psychologiczne, ponieważ chciał, aby na turniej wyjechała zgrana ekipa, niekoniecznie posiadająca indywidualnie największe umiejętności – przyznaje Małgorzata Turska.

– Zostałyśmy dobrane przez trenera pod względem charakteru. Właściwie tylko Halina Iwaniec była od nas starsza. Pomiędzy pozostałą częścią drużyny różnica wieku wynosiła dwa, trzy lata. Łączyła nas nie tylko koszykówka. Wszystkie studiowałyśmy, interesowały nas książki – na pewno nadawałyśmy na podobnych falach – tłumaczy Irena Linka.

Przygotowania w cieniu zmian w Polsce

Pierwszy mecz pierwszej fazy mistrzostw Europy w Jugosławii zaplanowano na 19 sierpnia. Przygotowania do turnieju Biało-Czerwone rozpoczęły w lipcu. Po intensywnych i wyczerpujących treningach przyszedł czas na międzynarodowe sprawdziany. – W jeszcze eksperymentalnym składzie byliśmy na teście przedolimpijskim w Moskwie, gdzie otrzymaliśmy m.in. solidne lanie od reprezentacji gospodarzy. Później już w składzie zbudowanym pod kątem mistrzostw Europy, byliśmy na turnieju we Włoszech oraz rumuńskiej Konstancy – relacjonuje Ludwik Miętta-Mikołajewicz. – Gdy w Polsce miały miejsce wydarzenia sierpniowe, my byliśmy w Rumunii. O wszystkim dowiedzieliśmy się dopiero po powrocie do kraju na lotnisku. To były czasy, w których wieści rozchodziły się znacznie wolniej. Było więcej czasu na budowanie międzyludzkich relacji, większą konsolidację zespołu – dodaje szkoleniowiec.

– Trener Ludwik Miętta-Mikołajewicz miał zapewne większą wiedzę niż my odnośnie wydarzeń w kraju, był buforem pomiędzy światem zewnętrznym a drużyną. My skupiałyśmy się tylko na koszykówce i relacjach wewnątrz zespołu – wyjaśnia Bożena Sędzicka. Sam trener Ludwik Miętta-Mikołajewicz przekonuje, że wyjazd do Jugosławii w żadnym momencie nie był zagrożony. Reprezentacja wyjechała na turniej bez większej presji. W rozmowach przewija się opinia, że ewentualny awans do najlepszej ósemki dla wielu miał być sukcesem.

Jedziemy po wicemistrzostwo

Pierwszą fazę mistrzostw Europy Polki rozegrały w położonym obecnie na terenie Bośni i Hercegowiny Maglaj. W pierwszym meczu pokonały Anglię (80:56), później zwyciężyły Włochy (69:63) i przegrały z Węgrami (68:88). – Madziarki miały bardzo mocny zespół, co potwierdziło czwarte miejsce w igrzyskach olimpijskich w Moskwie. Na szczęście nie trafiliśmy na ten zespół w drugiej fazie mistrzostw – przypomina Ludwik Miętta-Mikołajewicz.

Na drugą część turnieju Polki przeniosły się do Banja Luki. – Podczas krótkiej podróży najbardziej doświadczone Halina Iwaniec oraz Irena Linka żartowały, że jedziemy po wicemistrzostwo świata, ale tak naprawdę nie odczuwaliśmy żadnej presji. Funkcjonowaliśmy w atmosferze dążenia do sukcesu. Cieszył nas każdy kosz, każde zwycięstwo – wyjawia szkoleniowiec.

Halina Iwaniec oraz Irena Linka wspominały o wicemistrzostwie Europy, gdyż w opinii wszystkich obecnych na turnieju drużyn ZSRR był poza zasięgiem. – To był zespół niedościgniony w Europie. Nikt nie był w stanie im sprostać – zaznacza Bożena Sędzicka. – Mecze z ZSRR miały się po prostu odbyć. Wszyscy tak do tego podchodzili. W sporcie zawsze trzeba walczyć o zwycięstwo, ale ta drużyna była za mocna dla wszystkich – uzupełnia Irena Linka.

Poza zasięgiem wszystkich zawodniczek była zwłaszcza mierząca 213 cm wzrostu Uljana Semjonova, która w doskonały sposób potrafiła wykorzystać swój wzrost. – W przedturniejowych rozmowach z trenerami innych reprezentacji żartowaliśmy, że ZSRR niepotrzebnie przyjechało do Jugosławii. Wystarczyło odesłać im złote medale i zorganizować turniej o wicemistrzostwo Europy – dodaje Ludwik Miętta-Mikołajewicz.

Biało-Czerwone w pierwszym spotkaniu drugiej fazy pokonały Bułgarię (76:66), później uległy ZSRR (40:94) oraz zwyciężyły Holandię (71:45). W półfinale trafiły na gospodarza imprezy – Jugosławię.

– Chyba cały kraj żył tym turniejem. Zainteresowanie mistrzostwami Europy ze strony mieszkańców Jugosławii odczuwaliśmy na każdym kroku. Atmosfera tamtych dni na zawsze pozostanie w mojej pamięci – wyznaje Bożena Sędzicka.

"Aby Wam się w głowach nie poprzewracało"

Na mecze Jugosłowianek przychodziło po 6 tysięcy widzów. Według różnych przekazów na meczu z Polską pojawiło się 7 tysięcy kibiców. – Kibice byli wszędzie. Siedzieli, stali, wisieli na barierkach, wychylali się przez okna. W sali było tak duszno i gorąco, że trudno było złapać oddech, a my przecież grałyśmy o finał mistrzostw Europy – zaznacza Małgorzata Turska.

– To był równy mecz, choć w pewnym momencie Jugosławia objęła ośmiopunktowe prowadzenie. Nam udało się jednak doprowadzić do remisu, a później wyjść i utrzymać prowadzenie – wspomina Bożena Sędzicka.

W tumulcie jugosłowiańskich kibiców uwagi trenera Ludwika Miętta-Mikołajewicza były słabo słyszalne. – Często rozumiałyśmy szkoleniowca nie na podstawie siły głosu, ale mowy ciała – wyjawia Irena Linka, która w relacji trenera wykonała jedną z kluczowych akcji.

– W końcówce był taki moment, gdy wynik oscylował wokół remisu. Czułem, że kto pierwszy się przełamie, ten wygra spotkanie. Krzyczałem do Ireny: Znajdź sobie klepkę i rzuć”. Tak też się stało. Irena trafiła, wyszliśmy na prowadzenie. Do końca spotkania pozostały trzy minuty. Później kolejne trafienie dołożyła Ludmiła Janowska. Rywalki nie były już w stanie odpowiedzieć – opisuje Ludwik Miętta-Mikołajewicz. – Dlaczego zdecydowałem się powierzyć kluczową akcję Irenie? Spośród wszystkich dziewczyn była najmniej spięta. Była bardzo spokojna, w najmniejszym stopniu ulegała emocjom – dodaje trener.

Polki wygrały 79:72, do przerwy prowadząc 39:38.

– Pomimo porażki kibice Jugosławii zachowali się fantastycznie. Oczywiście podczas zawodów robili, co tylko mogli, aby utrudnić nam grę, ale przed czy po meczu w żadnym momencie nie czułyśmy się zagrożone. Po meczu, gdy wróciliśmy do hotelu, czekało na nas wielu Polaków. Rodacy wnosili nas wręcz do hotelu – wspomina Małgorzata Turska. Na pomeczowej kolacji trener wznosząc toast wypowiedział zdanie, które cały czas brzmi w moich uszach: Panny, tylko pamiętajcie, aby wam się w głowach nie poprzewracało. Wtedy odebrałyśmy to jak cenną wskazówkę na przyszłość, do której starałyśmy się stosować – uzupełnia mieszkająca w Łodzi urodzona w Żarach koszykarka.

– Miejscowi kibice długo nie mogli pogodzić się z porażką. Mocno ją przeżyli. W miejscowej prasie można było przeczytać, że Jugosłowianki usztywniła presja, a nas atmosfera na trybunach tylko uskrzydliła – opisuje Bożena Sędzicka.

W finale Polki zmierzyły się z ZSRR. Podobnie jak w grupie przegrały wyraźnie (49:95). Brąz wywalczyła Jugosławia, pokonując Czechosłowację (61:57). Najlepszą rozgrywającą imprezy została wybrana Ludmiła Janowska.

Trener, wychowawca, nauczyciel

Zapytane o to, co stało za sukcesem reprezentacji, niemal jednym tchem uczestniczki mistrzostw Europy w Jugosławii wymieniają atmosferę. – Czułyśmy się jak w jednej wielkiej rodzinie. Każda za koleżanką skoczyłaby w ogień – przyznaje Bożena Sędzicka.

– Trener potrafił niemal czytać w naszych myślach. Na jedną potrafił krzyknąć, inną w odpowiednim momencie pochwalić. Potrafił doprowadzić do tego, że każda z nas miała konkretne zadanie i czuła się potrzebna, a jednocześnie odpowiedzialna za zespół – tłumaczy Irena Linka.

– Podwaliny pod sukces drużyny narodowej zbudowali trenerzy klubowi, którzy podobnie jak Ludwik Miętta-Mikołajewicz potrafili wpoić nam wartości, oraz pracujący z większością z nas w młodzieżowych reprezentacjach trener Janusz Mróz – zaznacza Małgorzata Turska. –

– Ludwik Miętta-Mikolajewicz po części zmienił koszykówkę w Polsce. Do ciężkiej, niemal katorżniczej pracy dołożył duży nacisk na grę w obronie. To dzięki temu potrafiłyśmy zdobywać sporo punktów z kontrataku – analizuje Bożena Sędzicka.

– Dla mnie samo znalezienie się w dwunastce było olbrzymim zaszczytem. Nie byłam najlepszą zawodniczką, w dodatku z 19-letnich podkoszowych najniższą. Na samych mistrzostwach zagrałam trzy mecze, ale nie miało to znaczenia, bo atmosfera pchała nas do przodu. Ja wiedziałam, że moim zadaniem było zwłaszcza pomóc koleżankom podczas treningów. Trener chyba docenił moją waleczność oraz charakterystyczny rzut hakiem – mówi Małgorzata Turska.

– Nie grałyśmy dla pieniędzy, choć nie da się ukryć, że byłyśmy grupą uprzywilejowaną. W tamtych czasach podróże po świecie były praktycznie niemożliwe, a my dzięki grze w koszykówkę miałyśmy taką szansę. Za wicemistrzostwo świata, co było dla nas dużą niespodzianką, otrzymałyśmy po 50 dolarów – ujawnia Grażyna Seweryn.

Rok po wywalczeniu wicemistrzostw Europy w Jugosławii Polki wywalczyły srebrne medale we Włoszech. Tamta impreza mniej zapadła jednak wszystkim uczestniczkom w pamięci. – Nie było takiej atmosfery i takiego zainteresowania turniejem ze strony miejscowej publiczności. Do Włoch pojechaliśmy mając już ukształtowany zespół, który hartował się właśnie w Jugosławii – analizuje Ludwik Miętta-Mikołajewicz. Jeszcze w Jugosławii trener Ludwik Miętta-Mikołajewicz powtarzał, że: nie sztuką jest zdobyć wicemistrzostwo, sztuką je jest obronić. To w kolejnych miesiącach i latach nakręcało nas do działania – dodaje Małgorzata Turska.

Rozmówcy z nieukrywaną pasją w głosie wspominają sukces, jakim było wicemistrzostwo Europy. Jednocześnie, co cieszy jeszcze mocniej, cały czas starają się być bardzo aktywni. Pan Ludwik Miętta-Mikołajewicz cały czas ma kontakt z zawodniczkami, często wymieniając wiadomości tekstowe bądź maile. Większość reprezentantek w miarę możliwości spotyka się ze sobą, część uczestniczy w turniejach Maxibasketball, bądź przyjeżdża do Polanicy na mistrzostwa Polski Oldboy’ów.

Niestety, wśród nas nie ma już Małgorzaty Kozera-Gliszczyńskiej, która w 1992 roku zginęła tragicznie w wypadku samochodowym, wracając z Francji. Osiemnaście lat później walkę z nowotworem mózgu przegrała Aleksandra Kowalik. Nie żyje już też drugi trener Zbigniew Felski oraz lekarz reprezentacji Olgierd Zabłocki.

Szanowny trenerze, miłe Panie – dziękujemy za ten sukces.

Skład reprezentacji Polski na Mistrzostwa Europy w 1980 roku

Małgorzata Kozera-Gliszczyńska
Halina Iwaniec (z domu Wyka) KAPITAN
Ludmiła Janowska
Aleksandra Kowalik (z domu Komacka)
Teresa Komorowska (z domu Schielke)
Barbara Nawrot (z domu Gertchen)
Mariola Pawlak (primo voto Kudłak, secundo voto Marzec)
Irena Linka
Wiesława Konwent-Piotrkiewicz
Bożena Sędzicka (z domu Wołujewicz)
Grażyna Seweryn (z domu Jaworska)
Małgorzata Turska (z domu Badocha)

Sztab szkoleniowy:

Trener Reprezentacji – Ludwik Mięta-Mikołajewicz
Trener asystent – Zbigniew Felski
Trener odnowy – Marek Ruciński
Lekarz Reprezentacji – Olgierd Zabłocki
Szef ekipy – Witold Szeremeta

Źródło: Polski Związek Koszykówki