15 lat temu Polki zostały wicemistrzyniami Europy

Dokładnie 15 lat temu reprezentacja Polski U20 odniosła jeden z większych sukcesów w historii kobiecej koszykówki w XXI wieku. Na rozgrywanych w Brnie mistrzostwach Europy Biało-Czerwone wywalczyły srebrny medal, ustępując jedynie niepokonanym Francuzkom.

– O rany to już tyle czasu minęło od tych mistrzostw? Nawet nie zdawałam sobie z tego sprawy. Czas tak szybko płynie – rzuciła na wstępie Aleksandra Chomać, gdy rozpoczęliśmy rozmowę o tamtym turnieju. Środkowa, podobnie jak pozostałe rozmówczynie Polskiego Związku Koszykówki, nie miała okazji gruntownie przygotować się do konwersacji na temat mistrzostw Europy z 2005 roku, ale trzeba przyznać, że każda z uczestniczek lipcowej imprezy dokładnie pamięta wydarzenia sprzed półtorej dekady.

– Miałam okazję być ostatnio gościem na campie w Żyrardowie. Organizatorzy poprosili nas, o zabranie pamiątek związanych z grą w koszykówkę. Wzięłam ze sobą kilka medali, w tym ten z ME U20. Kiedy dzieciaki zapytały mnie, który jest dla mnie najcenniejszy, bez wahania odpowiedziałam, że ten z Brna. Dlaczego? Bo wywalczony w reprezentacji Polski a jednocześnie chyba najmniej oczekiwany – tłumaczy Magdalena Leciejewska.

– Czułyśmy, że mamy dobrą drużynę, że możemy, namieszać na mistrzostwach Europy, ale przeczucia trzeba jeszcze przełożyć na parkiet. Nam się to udało – zaznacza Katarzyna Maliszewska z domu Krężel.

Przed imprezą docelową kadra nie miała długich przygotowań. Najpierw przez 10 dni Polki przygotowywały się w Wałczu, później wyruszyły na 9 spotkań sparingowych. Pierwszym przystankiem było położone na wysokości 1850 m nad poziomem morza L’Alpe d’Huez. To jeden z największych ośrodków narciarskich w Alpach francuskich, a jednocześnie od wielu lat stały punkt kolarzy w Tour de France. Biało-czerwone w góry przyjechały grać jednak w koszykówkę, trzykrotnie ulegając Trójkolorowym. – To była solidna lekcja, ale bardzo potrzebna drużynie – ocenia trener Skrzecz. Podobnego zdania jest Katarzyna Maliszewska. – Wszystkie turnieje przygotowawcze pełnią ważną rolę w budowaniu drużyny. Pozwalają trenerom a także samym zawodniczkom zrozumieć siebie, zaakceptować role w drużynie. Reprezentacja to nie klub. W kadrze spotykamy się na krótki, ale bardzo intensywny czas – dodaje skrzydłowa.

Atmosfera jest jednym ze słów odmienianych przez wszystkie przypadki przez koszykarki oraz trenera. Zmianie ulegają jedynie przymiotniki ją określające. Wszystkie mają pozytywny wydźwięk. Duża w tym zasługa kapitan Edyty Czerwonki z domu Błaszczak, która spajała drużynę zarówno na boisku jak też poza nim. – Właściwa osoba na właściwym miejscu. Edzia jest bardzo komunikatywna, a jednocześnie potrafi postawić na swoim. Była świetnym łącznikiem pomiędzy drużyną oraz sztabem szkoleniowym – opisuje Katarzyna Maliszewska.

Opanowanie sztuki negocjacji przez Edytę Czerwonkę przydało się drużynie choćby w Grecji, gdzie rozgrywany był ostatni przed mistrzostwami Europy turniej. – Byliśmy w Siatista, malowniczej miejscowości położonej w Regionie Macedonii Zachodniej. Okolica znana jest z produkcji wina. Do odwiedzenia jednej z takich winnic namówił nas obecny w Grecji sędzia Tomasz Kudlicki. Całym zespołem zdecydowaliśmy się na wypad po porannym treningu, mając przed sobą jeszcze wieczorny mecz z Bułgarią, wówczas w dywizji B. Podczas wizyty w winnicy podeszła do mnie Edyta z pytaniem, co ma zrobić wspólnie z pozostałymi dziewczynami, ponieważ właściciel zaproponował dziewczynom degustację. Wspólnie z trenerami uznaliśmy, że dziewczyny mogą spróbować wina, ale z umiarem. W oblanej słońcem winnicy byliśmy niecałą godzinę, a gdy wracaliśmy do hotelu dziewczyny cały czas śpiewały. Po obiedzie wezwałem na rozmowę Edytę, która powiedziała tylko, abym się nie martwił, bo za dwie godziny zespół będzie przygotowany do zawodów. Tak też się stało. Na rozgrzewce dziewczynom wpadało wszystko, w meczu było nieco gorzej, ale ostatecznie zakończył się on naszą wygraną. Po spotkaniu nie byłem w najlepszym nastroju, ale Edyta tylko podeszła i powiedziała: Trenerze, wygraliśmy i to się liczy. Jeszcze lepiej będzie na mistrzostwach – wspomina Roman Skrzecz.

– W Grecji wszyscy byli do nas bardzo przyjaźnie nastawieni. Gdy tylko pojawiałyśmy się w miasteczku w strojach reprezentacyjnych sprzedawcy często przekazywali nam za darmo owoce – mówi Katarzyna Maliszewska.

Dla samej Edyty Czerwonki sezon poprzedzający mistrzostwa Europy nie był łatwy. Po zakończeniu nauki w Szkole Mistrzostwa Sportowego nie znalazła żadnego seniorskiego klubu. Na przełomie 2004 i 2005 roku za zgodą trenera Marka Juszkiewicza nieodpłatnie dołączyła do grającego na zapleczu ekstraklasy AZS Uniwersytet Warszawski, którego trenerem był Witold Ziółkowski. To właśnie w stołecznym klubie zbudowała formę na mistrzostwa Europy.

– To jak byłyśmy zgranym zespołem najlepiej pokazuje historia ze Stambułu. Nad Bosforem znalazłyśmy się na turnieju rozgrywanym pomiędzy sparingami we Francji i Grecji. Po ostatnim meczu z Turczynkami wyszłyśmy na długi spacer. Co warte podkreślenia na spontaniczne wyjście zdecydowały się wszystkie dziewczyny, co naprawdę rzadko się zdarza. Długo rozmawiałyśmy, śmiałyśmy się. Chyba każda z nas dobrze się bawiła – analizuje Magdalena Leciejewska.

– Spacer w Stambule poprzedziła wspólna kąpiel w basenie – dodaje Aleksandra Chomać. – Razem z Turczynkami wróciłyśmy po meczu do hotelu. Idąc na kolację w dresach i strojach meczowych postanowiłyśmy się ochłodzić. Skończyło się to wspólną kąpielą obu drużyn. Czasem trenerzy nie mieli z nami lekko – przyznaje ze śmiechem w głosie Aleksandra Chomać.

Mistrzostwa Europy Polki rozpoczęły od pięciopunktowej porażki z Rosją. Do przerwy zespół przegrywał różnicą 18 punktów, a sztab zastanawiał się co powinien zrobić w drugiej połowie. – Wspólnie z trenerami analizowaliśmy czy da się to spotkanie jeszcze wygrać, czy też lepiej oszczędzać siły na kolejne batalie. Zdecydowaliśmy, że walczymy do końca i choć przegraliśmy to zespół wyciągnął dobrą lekcję z tych pierwszych nieudanych 20 minut – zaznacza Roman Skrzecz.

W kolejnych meczach grupowych pierwszej fazy Biało-Czerwone pokonały Włoszki (70:60), a następnie bardzo pewnie Niemki (78:48). O kolejności w grupie C przesądził układ trójkowy. Nieznaczna porażka z Rosją, przy zwycięstwie nad Włoszkami oraz wyraźnej wygranej drużyny z Italii nad Sborną dał Polkom awans do drugiej rundy fazy grupowej. W niej po dniu przerwy koszykarki znad Wisły wygrały bardzo ważny mecz z Ukrainą (92:80). – To był zespół bardzo mobilny, dlatego postanowiliśmy zmienić nasze założenia na to spotkanie, ograniczając rolę Izabeli Piekarskiej. To była bardzo trudna decyzja, ale zwycięstwo pokazało, że była dobra – ujawnia Roman Skrzecz.

– Byłam z Kruszyną w pokoju, dlatego dobrze wiem, jak to na początku przeżyła. Byłyśmy młode, ambitne, dopiero wchodziłyśmy w seniorską koszykówkę, więc nie wszystko jeszcze rozumiałyśmy. Dla każdego gracza, zwłaszcza po dobrych meczach w jego wykonaniu, jest zawsze zaskakujące, gdy nagle ma nie pojawić się na boisku. Trenerzy wiedzieli jednak co robią. To było ryzyko, które się opłaciło – zaznacza Katarzyna Maliszewska. Dzień po meczu z Ukrainą Polki pokonały Hiszpanki (66:52), a Izabela Piekarska wróciła do rotacji.

Pewne gry w półfinale Polki na zakończenie zmagań w drugiej fazie grupowej uległy Francuzkom (67:75) i o finał zmierzyły się ze zwycięzcą grupy E – Łotwą. Po bardzo zaciętych zawodach, których losy ważyły się do ostatnich sekund Biało-Czerwone wygrały (55:53). – Każda zawodniczka wniosła swoją cegiełkę do tego meczu. Kasia Dźwigalska (z domu Czubak – dodaje AW) rzuciła najwięcej punktów, ale kluczowa była postawa koszykarek grających pod koszem Magdy Leciejewskiej, Izy Piekarskiej i Oli Chomać – wymienia Roman Skrzecz.

W finale mistrzostw Europy nasza reprezentacja po raz piąty na przestrzeni miesiąca zmierzyła się z Francją. Tak jak w czterech poprzednich konfrontacjach rywalki okazały się lepsze (57:72), choć do przerwy to Biało-Czerwone prowadziły różnicą trzech punktów. – Prowadzenie przyniosła nam bardzo dobra druga kwarta, w której wyśmienicie dysponowana była Karolina Kaczmarek. Po zmianie stron wróciliśmy do wyjściowej piątki i wynik zaczął nam uciekać. Teraz można gdybać, czy nie trzeba było postawić w trzeciej kwarcie od razu od Karoliny – zastanawia się główny trener.

– Może nie powinnam długo grać w tym meczu. Byłam pod kreską, czułam się wyczerpana. Trener cały czas wierzył, że się przełamię – przyznaje Katarzyna Maliszewska, która ze średnią 14,5 punktu na mecz była najlepszą punktującą drużyny w całym turnieju.

Wychowanka Korony Kraków i absolwentka Szkoły Mistrzostwa Sportowego w Łomiankach wybrana została do pierwszej piątki turnieju. – Statystycznie Kasia zdobywała najwięcej punktów, ale ta drużyna nie miała lidera. Każda z nas znała swoją rolę w drużynie i zadania, które wyznaczali nam trenerzy. Role zmieniały się jednak wraz z rywalem, z którym przyszło nam się mierzyć – zaznacza Magdalena Leciejewska.

– W ramach świętowania srebrna poszliśmy wspólnie do górującej nad Brnem twierdzy Spilberk. Pamiętam, że towarzyszył nam również sędziujący w Czechach, obecny wiceprezes PZKosz Grzegorz Bachański. To była wspaniała noc, która dla nas mogła się nie kończyć – przyznaje Aleksandra Chomać.

Spośród 12 koszykarek, które tworzyły reprezentację Polski na turnieju w Brnie, do dziś na parkiecie możemy oglądać Katarzynę Dźwigalską, która zdecydowała się na kolejny sezon w drużynie PolskaStrefaInwestycji Enea Gorzów Wlkp. Pozostałe zawodniczki już dawno zakończyły przygodę z koszykówką w roli zawodniczek. Katarzyna Maliszewska, Magdalena Leciejewska i nawet Aleksandra Chomać, która nie przywiązuje dużego sentymentu do rzeczy materialnych, zachowały jednak sporo pamiątek z mistrzostw Europy U20. Każda posiada reprezentacyjną koszulkę. Chyba najwięcej pamiątek spośród tej trójki zachowała Katarzyna Maliszewska, która oprócz koszulki i medalu, posiada pamiątkowe zdjęcia, nagrodę za piątkę turnieju oraz buty z mistrzostw. W specjalnym albumie koszykarka zachowała również szczególny list.

 

– To jak mocno wierzył w nas trener, uzmysłowiła nam dopiero koperta, którą na naszą prośbę przygotował przed turniejem. Znajdowała się w niej odpowiedź, na pytanie co zdaniem trenera osiągniemy w Czechach. Zgodnie z umową otworzyłyśmy ją dopiero po ostatnim meczu. Odręcznym, charakterystycznym pismem trener napisał, że zdobędziemy złoto. Gdy to zobaczyłyśmy, pojawiły się w szatni łzy wzruszenia. Do dziś mam ten charakter pisma i kartkę przed oczami, a list znajduje się w moim archiwum – wspomina Katarzyna Maliszewska.

– Naszą mocną stroną był fakt, że dobrze znałyśmy się wszystkie ze Szkoły Mistrzostwa. Osiem z 12 dziewczyn, które były w Czechach ukończyło liceum w Łomiankach. To na pewno zaprocentowało – dodaje Magdalena Leciejewska.

– Udało nam się stworzyć sztab, który doskonale ze sobą współpracował. Moim asystentem był Andrzej Włodarz, rolę skauta pełnił Roman Tymański, który dołączył do nas już po turniejach przygotowawczych. Za odnowę biologiczną odpowiadał Paweł Zajkowski, kierownikiem drużyny był Adam Greczyło a szefem ekipy spokojny, doświadczony, trener z krwi i kości Zdzisław Kassyk – wylicza Roman Skrzecz. – Pamiętam, że podczas jednego meczu każdy z trenerów w dobrej wierze starał się podpowiadać zawodniczkom indywidualnie. Czasem te rady wzajemnie się wykluczały. Po meczu koszykarki spotkały się razem, porozmawiały i przyszły do nas na rozmowę. Wyraźnie zaznaczyły, że chcą mieć jednego głównego trenera. Podeszliśmy do tego tematu bardzo poważnie. Rozmowa była krótka, jak się okazało wszyscy myśleliśmy tak samo. Cały sztab bez jakichkolwiek problemów przyjął uwagę dziewczyn, a reakcja wyraźnie pokazała nam, że zespół chce z nami współpracować, ale potrzebuje jasnego przekazu – dodaje Roman Skrzecz.

Szkoleniowiec przypomina, że trzon zespołu nie zmieniał się od kadry U16. – W kadetkach i juniorkach nie odnosiliśmy większych sukcesów, ale wynikało to z faktu, że wiele dziewczyn było wysokich, miało problem z mobilnością, ale po przejściu pełnej ścieżki przygotowań we wszystkich kadrach, były gotowe na rywalizację na najwyższym poziomie – zaznacza trener. Sześć zawodniczek było z rocznika ’85, po trzy z ’86 i ’87. Najmłodsza Anna Bekasiewicz z domu Pietrzak, w momencie rozgrywania turnieju nie miała jeszcze 18 lat.

Siedem z 12 wicemistrzyń Europy z 2005 roku miało okazję rozegrać przynajmniej jedno spotkanie w seniorskiej reprezentacji. Większość z tej grupy zagrała w „dorosłych” mistrzostwach Europy. Część nigdy na dobre nie zaistniała w dorosłej koszykówce. – Każda z moich koleżanek miała potencjał, ale jak to bywa w życiu z różnych powodów nie wszystkim nam powiodło się w seniorskiej koszykówce. Część miała problem z pogodzeniem nauki z grą w koszykówkę. Czasem z upływem lat miłość do tego sportu zastępowała proza życia – kończy Leciejewska.

 

Źródło: Polski Związek Koszykówki